piątek, 17 grudnia 2010

Wpadło auto do kanału...

Wpadło auto do kanału - gdzie? I w Holandii, i w Polsce, a co ciekawe, prawie w tym samym czasie. Zacznę od wypadku, którego byłem świadkiem. Do pracy zazwyczaj jeżdżę rowerem, mam taką miłą trasę, która w sporej części prowadzi wzdłuż kanałów. Na samym początku grudnia, jadąc rano do pracy, zobaczyłem, jak jeden samochód zjeżdża z drogi i dosłownie znika. Na miejscu natychmiast zatrzymały się inne samochody i ludzie zebrali się nad brzegiem kanału. Ciekawość rzeczą ludzką, więc ja także tam podjechałem. Zobaczyłem samochód pływający w kanale, zanurzony mniej więcej do wysokości klamek, a przez otwarte okno kierowniczka (młode blond dziewczę) właśnie wychodziła, żeby usiąść na dachu i spokojnie czekać na pomoc. Inni gapiowie już dzwonili po służby ratunkowe, które zjawiły się bardzo szybko. Na filmiku poniżej możecie zobaczyć przebieg akcji ratunkowej:



Chwilę później dźwig podniósł samochód i już tylko połamana kra i ślady na śniegu wskazywały, że coś przed chwilą wpadło do wody. Kilka dni wcześniej podobny wypadek miał miejsce w Polsce. Polskie miasta nie mają zbyt wielu kanałów, ale całe szczęście spory obszar kraju wciąż posiada sprawną poniemiecką infrastrukturę wodną. W Giżycku także samochód wpadł do kanału. Tutaj niezbędna okazała się pomoc młodzieńca, który bez względu na ziąb wskoczył do wody i uratował dwie panie, oto filmik:



Ja wiem, to tylko przypadek, że w obu przypadkach za kierownicą była kobieta :)

sobota, 4 grudnia 2010

Białe piwo

Obiecywałem, obiecywałem, więc pora wreszcie wyjaśnić, co to takiego jest białe piwo i to dziwne słowo gruit. Historia piwa liczy kilka tysięcy lat, ale najstarsze trunki niewiele miały wspólnego z tym, co pijamy dzisiaj. Warto pamiętać o tym, że chmiel jest tylko jedną z wielu przypraw i kiedyś nie był dość powszechnie używany. Przy produkcji piwa używanu wielu ziół i korzeni i z czasem powstała mieszanka przypraw, która była używana najczęściej, oczywiście w różnych proporcjach i z wieloma modyfikacjami. Właśnie ta mieszanka nazywa się gruit, kiedyś często używana, od okoła tysiąca lat stopniowo wypierana przez chmiel, do niedawna niemal całkowicie zapomniana. Całe szczęście od około 20 lat produkuje się coraz więcej piw niedoprawianych chmielem, głównie przez małe, specjalistyczne browary.
Z czego składa się gruit? Według Wikipedii niektórym ziołom wchodzącym w jego skład przypisuje się działanie narkotyczne, jak np. bylicy pospolitej (podobnej w działaniu do piołunu), lulkowi zwanemu szalejem czy też pokrzykowi wilczej jagodzie, z innych stosowanych ziół warto wymienić krwawnika, czy też wrzos, choć oryginalne receptury zawierały dużo więcej gatunków roślin. Czasem stosowano także owoce lub gałązki jałowca, imbir, kminek, anyż, gałkę muszkatołową czy cynamon. Co ciekawe wprowadzanie chmielu miało często podtekst polityczny, a nawet religijny, ponieważ chmiel zdobywał Europę w tym samym tempie, co reformacja.
A białe piwo? Białe piwo jest rodzajem piwa pszenicznego (większość piw robi się z jęczmienia, piwa pszeniczne zawierają mniej jęczmienia, a więcej pszenicy), które nie jest filtrowane i właśnie dzięki unoszącej się jasnej zawiesinie drożdży i drobinek pszenicy zawdzięcza swoją nazwę. Białe piwo różni się jednak od współczesnych piw pszenicznych, bo wywodzi się bezpośrednio od piw warzonych w średniowieczu, bez udziału chmielu, a obecnie do jego przyprawiania używa się wspomnianej wcześniej mieszanki ziół gruit, ale także kolendrę, czy też słodkie i gorzkie pomarańcze (tak, istnieją takie!). Dzięki temu białe piwo nie jest tak bardzo gorzkie, a za to lekko kwaśnawe, co powoduje, że doskonale orzeźwia podczas lata. W ostatnich latach browary belgijskie wprowadziły także piwa białe o smaku cytrynowym, czy też owocowym, to ostatnie ze względu na różowy kolor nosi nazwę rose.
Przejeżdżającym przez Belgię czy Holandię polecam spróbowania piwa białego, w szczególności Hoegaarden (najlepsze z masowej produkcji) albo troszkę gorsze Wieckse Witte (warzone, co ciekawe, przez browar należący do Heinekena). Na zdjęciu piwo białe z małego browaru z wyspy Texel, jedno z najlepszych, jakie piłem. Niestety w mojej okolicy prawie niemożliwe do kupienia, nad czym niezmiernie ubolewam.
W następnym wpisie zmiana tematu - opowiem o tegorocznej zimie :)

poniedziałek, 29 listopada 2010

Holenderskie piwa specjalne

W poprzednim wpisie narzekałem na jednakowość popularnych piw w Polsce i Holandii, pora więc wyjaśnić, jakie to specjalne piwa istnieją w krainie wiatraków. Holandia ma wiekowe tradycje piwowarskie, a dodatkowo dzięki wpływom sąsiadów - piwnych potentatów - Niemców i Belgii, ma się czym pochwalic. Praktycznie każda wyspa, czy każda mieścina ma choć jeden mały browar.
Większość specjalnych piw w Holandii to piwa górnej fermentacji, z których najważniejsze to piwa białe (o tym później), pszeniczne, angielskie pale ale, stout'y, piwa blond czy też klasztorne. Gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć, że większa część specjalnych piw produkowana jest jednak w Belgii, a nie Holandii, lecz można je tu kupić wszędzie. Czym te piwa różnią się od popularnego pilznera? Najważniejsze różnice są dwie - sposób produkcji (pilzner to piwo dolnej fermentacji) oraz używane składniki, których są dziesiątki, a często specjalne piwa w ogóle nie są w ogóle aromatyzowane chmielem. Dzięki temu producenci ku uciesze smakoszy mogą osiągnąć unikalne smaki.
Na zdjęciu powyżej są trzy piwa, których najprawdopodobniej nie znacie. Pierwsze od lewej to piwo typu lambic z dzikich wiśni warzone na pięknej wyspie Terschelling, które jak chyba każde piwo owocowe jest dość słodkie, lecz to nijak nie umniejsza jego doskonałego smaku. Pośrodku butelka Adriaana, z jednego z dwóch lokalnych browarów Haarlemu, a po prawej przedstawiciel całkiem sporego belgijskiego browaru Hoegaarden, oba są piwami białymi (wit), który to typ jest moim ulubionym w Holandii. Obecność w tym skromnym zestawieniu masowego producenta Hoegaarden jest spowodowana tym, że to właśnie ten browar wskrzesił kilkadziesiąt lat temu produkcję białych piw, które wtedy były już dawno zapomniane (i jestem mu za to dozgonnie wdzięczny). Ale co to takiego piwo białe i co oznacza słowo gruit na butelce - o tym już w następnym wpisie :)

środa, 24 listopada 2010

Holenderskie piwa

Piszę tego bloga już jakieś 2,5 roku, a jeszcze nie wspomniałem o holenderskich piwach. Z piwem raczej kojarzymy Czechy albo Niemcy, ale to Holandia właśnie eksportuje największą część swojej produkcji, bo aż 50%. Przeciętny czytelnik na pewno kojarzy Heinekena czy Grolscha, niektórzy może jeszcze znają Amstela czy Bavarię - te marki są najpopularniejsze w Holandii, jednak to nie są piwa, które polecam wypić i o których chcę opowiedzieć.
Dlaczego nie? Cóż, obecność na sklepowych półkach w Polsce Heinekena czy nawet ponoć codzienna dostawa Tyskiego do Amsterdamu (zdjęcie powyżej zrobione tej jesieni w Krakowie - w tle Wawel) nie zmieni jednego - wszystkie te piwa smakują tak samo. Wielu czytelników może zaprotestować, ale tak naprawdę nie odróżniliby w smaku Bavarii od Lecha czy Amstela od Żywca. Powodem jest to, że wszystkie one są piwami typu lager, które są produkowane w dokładnie taki sam sposób z tych samych składników. Mimo iż lagery odpowiadają za 95% spożywanego piwa w Holandii (w Polsce praktycznie 100%), to dla mnie ważne jest pozostałych 5%, które dla wielu Polaków pozostają całkowicie nieznane, a szkoda, bo nierzadko są to prawdziwe perełki produkowane przez specjalistyczne browary rozsiane po całym kraju. O tych wszystkich niezwykłych piwach, na czele z moim ulubionym - piwem białym - już wkrótce w następnych wpisach!

czwartek, 18 listopada 2010

Baarle - najdziwniejsze miasto świata

Jedno z najdziwniejszych miast świata leży na granicy belgijsko-holenderskiej. Dlaczego jest dziwne? Miasto Baarle, bo to o nim mowa, jest podzielone między oba kraje, a żeby nie było tak prosto, sam podział jest niezwykle skomplikowany. Mapka obok (z Wikipedii) przedstawia miasto - na żółto przedstawiono część belgijską, na biało holenderską. Granice pomiędzy tymi częściami nie zawsze przebiegają ulicami, często dzielą dom na dwie części. Jak w takim razie rozwiązano problem przynależności narodowej danego domu? Każdy budynek należy do tego kraju, na który wychodzą jego główne drzwi. Jak zmienić narodowość? To proste, czasem wystarczy przesunąć drzwi o metr :) Teraz oczywiście byłby to akt czysto symboliczny, ale pomyślcie, co było przed Unią Europejską, gdzie wszystkie przepisy, podatki, akcyzy były całkowicie różne, a przemyt mógł polegać na przeniesieniu kontrabandy z salonu do kuchni :) W Baarle istnieje jeden dom, który ma drzwi dokładnie na granicy. Przez wiele lat nie udało się zmusić właściciela do przesunięcia drzwi w jedną lub drugą stronę, więc dom ten ma dwa adresy - belgiski i holenderski.
Oczywiście jest też wiele komplikacji natury praktycznej. Telefony stacjonarne, komórkowe i energię elektryczną dostarczają oba kraje (można wybrać), woda i gaz są z Holandii, a telewizję kablową z internetem dostarcza firma belgijska. Rozmowy telefoniczne w Baarle są taryfikowane jak lokalne, mimo iż faktycznie są połączeniami międzynarodowymi :) Cała sytuacja staje się jeszcze zabawniejsza, gdy okaże się, że miejscowość ta jest tak dziwnie podzielona (oczywiście nie zawsze między kraje) przez ostatnie 800 lat! A mieszkańcy tak polubili swoje dziwne miasto, że teraz nie zgadzają się na jakiekolwiek wyprostowanie granic :) Jeśli w przyszłości Belgia miałaby się rozpaść, a Flandria (jej północna, niderlandzkojęzyczna część) zostać przyłączona do Holandii, to prawdopodobnie mieszkańcy Baarle będą przeciwko, bo wtedy ich miasto byłoby podzielone między dwie prowincje, nie dwa kraje, a to przecież wielka degradacja, prawda? :)
Zainteresowanym bardzo polecam przeczytanie ciekawego artykułu na ten temat.

piątek, 12 listopada 2010

Oh Polsko

Stało się, byłem pierwszy raz w Holandii w teatrze :) Niedawno pisałem o mającym się tutaj odbyć przedstawieniu teatralnym o Polsce i Polakach pod tytułem "Oh Polsko". Do dość małej sali miejscowego teatru przyszło około 60 osób (może więcej), z czego chyba połowę stanowili Polacy. Sztuka była nietypowa, ponieważ tak naprawdę opowiadała o przygotowaniach do innego przedstawienia ("Pokojówki" Jeana Geneta). Większość tekstów była po angielsku, wystąpieniom po polsku towarzyszyły napisy po niderlandzku. Było śmiesznie, nie powiem, za to przez cały czas zastanawiałem się, jak to odbiorą Holendrzy, których tam trochę było. Na początku się śmiali, potem trochę mniej, szczególnie po żarcie: "- Jak poznać, że przekroczyło się granicę holenderską? - Po tym, że nie można odróżnić kobiety od krowy". Był to dość mocny dowcip, ale reżyserem był Holender, więc miałem nadzieję, że wiedział, na ile może sobie pozwolić.
Miejscami było też trochę żenadnych momentów, kiedy aktorzy na slajdach pokazywali swoje rodziny i miejsca, w których się wychowali. Dlaczego żenadnych? Bo trochę utrwalały stereotypy Polski jako kraju brzydkiego, biednego i pełnego szarych ludzi. Choć może rzeczywiście prawdziwa Polska taka jest? Albo to czarno-białe slajdy, niektóre chyba jeszcze z czasów komuny, przywołały takie skojarzenia?
Dwójka aktorów miała być pracownikami sezonowymi i opowiadała o swoim świecie, z którym ja się do końca nie mogłem identyfikować, bo mam innego rodzaju pracę i całkiem inne problemy, ale kilka obserwacji było ciekawych. Według reżysera (albo aktorów?) Polacy na obczyźnie często się nie lubią, bo w drugim Polaku widzą, jak w lustrze, swojeo dbicie, swoje cechy, które nienawidzą, które chcą zmienić, ale od których nie ma na obczyźnie ucieczki.
No dobra, koniec filozofowania. Po przedstawieniu część miejscowej Polonii (o matko, jak to brzmi) udała się do knajpy podyskutować. Zdania były szczególnie podzielone co do tego, czy aktorzy rzeczywiście byli prawdziwymi pracownikami sezonowymi, amatorami złowionymi przez reżysera. Niektórzy dali się na to nabrać, szczególnie że angielski dwójki aktorów czasem raził bardzo sztucznym akcentem. Ja jednak dobrze poznałem po ich grze, dobrych donośnych głosach i prawidłowej dykcji, że to byli profesjonaliści :) Najbardziej żałuję, że nie udało mi się z żadnym z Holendrów porozmawiać o tym, jak oni odebrali to oryginalne przedstawienie.

wtorek, 9 listopada 2010

Panta rei

Wszystko płynie, jak to powiedział kiedyś grecki filozof Panta Rei, choć niektórzy, nie wiedzieć czemu, słowa te przypisują niejakiemu Heraklitowi z Efezu :) Powiedzenie to dokładnie opisuję Holandię, kraj upstrzony kanałami, którego spora część jest poniżej poziomu morza i gdzie woda jest wszędzie.
Ciężko było budować drogi na podmokłym i bagnistym terenie, nie wspominając o tysiącach mostów, dlatego to właśnie kanały i rzeki były głównymi arteriami transportowymi Holandii przez setki lat. Kanały także do dziś są wykorzystywane do transportu, zarówno na skalę przemysłową, jak też i czysto rekreacyjnie. Obecnie mało kto pływa codziennie do pracy czy do szkoły (choć na pewno tacy są), rzadko też się zdarza, że w sobotnie przedpołudnie płynie się na zakupy, jednakże już dużo częściej można w weekendowe popołudnie popłynąć do znajomych, jeśli akurat oni także mieszkają nad kanałem. A co można robić w ciepłe słoneczne popołudnie? Wziąć na łódkę rodzinę, znajomych, wino, ser i inne przekąski i pływać po okolicy pozdrawiając przy tym znajomych spotkanych na wodzie.
Dużo domów ma bezpośredni dostęp do wody, choć to znacznie zwiększa cenę nieruchomości. Właśnie bezpośrednio przy domu można wtedy zaparkować swoją łódkę. O ile się mieszka na przedmieściach czy na wsi, to nie ma z tym dużej problemu, a w centrum miasta także można cumować, po opłaceniu odpowiedniej kwoty. Mieszkasz w centrum? Proszę bardzo - parkowanie samochodu kosztuje 150 euro rocznie, cumowanie łódki 20 euro na cały rok. Wymusza to istnienie odpowiednich służb miejskich, które sprawdzają, które łódki mają opłacone cumowanie, czy też sprawdzają ich stan techniczny. Tak jak z ulic miast usuwa się rdzewiejące i porzucone rowery, tak kanały sprząta się z zalegających tam "wraków". Właśnie na zdjęciu powyżej widać zaniedbaną łódkę, z której właściciel nie usuwał wody po deszczu. Służby miejskie wydobędą ją, wyremontują i sprzedadzą na licytacji. Za około 200 euro będzie ona cieszyć nowego właściciela.
Ważne jest to, że nie ma tutaj typowo polskiej manii kursów, papierków, czy zezwoleń. Tak jak istnieją samochody, na których prowadzenie nie trzeba mieć prawa jazdy, określona wielkość łódek i moc silników nie wymaga żadnych papierów. Nie jest także niczym dziwnym, jak na łódce nie ma nikogo dorosłego i tylko dzieciaki "wożą" się po mieście. Tak, tak, jest to skrajna nieodpowiedzialność. Tylko dlaczego w Polsce co roku tonie 32 ludzi na milion mieszkańców, gdy w Holandii ten współczynnik jest ponad dwa razy mniejszy?

wtorek, 26 października 2010

Przedstawienie teatralne o Polsce

Dziś krótka notka o mającym się wkrótce odbyć przedstawieniu teatralnym dotyczacym Polaków w Holandii. Belgijski reżyser teatralny przedstawa w Holandii sztukę o Polakach, dwoje aktorów to właśnie Polacy. Premiera odbędzie się w Amsterdamie, a potem przedstawienia będą w Rotterdamie, Haarlem, Groningen i Almere. Tytuł to "Oh Polsko".

Wszelkie informacje dostępne pod poniższymi linkami:
http://www.popolsku.eu/kultura/oh_polsko_czyli_polscy_pracownicy_sezonowi_w_teatrze
http://www.polonia.nl/?p=3101

Do zobaczenia w teatrze! :)

środa, 20 października 2010

Afsluitdijk

O holenderskim Planie Delta kiedyś już pisałem. Było to ogromne przedsięwzięcie, szczególnie dla tak małego narodu. W skali całego świata tylko jeden inny kraj podjął się podobnie wielkiego (w przeliczeniu na % PKB) projektu - były to USA wysyłając człowieka na księżyc.
Afsluitdijk (dosłowne tłumaczenie: tama/grobla zamykająca) wpisuje się doskonale w Plan Delta, aczkolwiek została zbudowana kilkadziesiąt lat wcześniej. Bez spoglądania na mapę mało kto wie, że do niedawna Holandia była rozcięta na pół zatoką Morza Północnego sięgającą 100 km na południe i szeroką na około 30 km. Zatoka ta była olbrzymia i Holendrzy ochrzcili ją Zuiderzee (Morze Południowe). Przez długi czas była to jedyna droga morska do Amsterdamu i innych holenderskich portów, ale z biegiem czasu akwen zaczął się zamulać i spłycać. Podczas sztormów i przypływów jednak zatoka wciąż stanowiła olbrzymie zagrożenie dla lądu, gdyż pozwala morskiej wodzie wedrzeć się do wnętrza kraju. Pomysł zamknięcia Zuiderzee tamą pojawił się już w 1667, ale dopiero technika z początku XX wieku pozwoliła na jego realizację. Tamę budowano ponad 6 lat, choć to i tak jest niewiele, gdy weźmie się pod uwagę jej rozmiary. Aflsuitdijk ma długość 32 km, szerokość 90 m i przeciętnie 7,25 m wysokości, została usypana z gliny oraz bloków granitu transportowanych z Niemiec i Szwecji.
Co Holendrzy osiągnęli? Zamienili ogromną zatokę morską na słodkowodne jezioro, jednocześnie obniżając jego poziom, co pozwoliło na osuszenie ogromnych połaci ziemi. Wnętrze swojego kraju było przez to dobrze chronione przed podtopieniami, a zbudowana na tamie autostrada pozwoliła na skrócenie podróży pomiędzy brzegami Zuiderzee nawet o 250 km.
Na zdjęciu powyżej widać właśnie Afsluitdijk i pomnik pomysłodawcy tamy inż. Cornelisa Lely, który niestety nie dożył zakończenia budowy. Aha, to trudne słowo wymawia się mniej więcej "afslautdajk" :)

poniedziałek, 11 października 2010

Planetarium we Franeker

Franeker jest ładnym miasteczkiem położonym we Fryzji, na północy Holandii. Miasteczko nie wyróżniałoby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że mieści ono najstarsze działające planetarium na świecie. Nie jest to takie typowe nowoczesne planetarium z projektorem, ale mechaniczny zegar przedstawiający układ słoneczny. Warto podkreślić, że jest to układ słoneczny znany w czasach tworzenia mechanizmu (1774-1781), czyli brakuje w nim niektórych planet, jak np. Uran czy Neptun.
Twórcą planetarium był Eise Eisinga, astronom i matematyk samouk, zawodowo prowadzący biznes czesania wełny. 8 maja 1774 roku miała miejsce koniunkcja planet, która według niektórych ówczesnych kaznodziejów miała doprowadzić do końca świata. Eise się z tym nie zgadzał i chciał pokazać swoim ziomkom, jak naprawdę wygląda układ słoneczny. Swoje planetarium umiejscowił na suficie swojego salonu, a mechanizm napędzający na poddaszu powyżej. To bardzo skomplikowane urządzenie nie tylko obrazuje układ słoneczny, ale i wylicza kwadry księżyca, wschód i zachód słońca, znaki zodiaku, czas astronomiczny itp. Mechanizm jest po dziś dzień bardzo precyzyjny, mimo iż do jego wykonania użyto tylko drewna, gwoździ i sznurków.
Na zdjęciu obok pani z muzeum objaśnia działanie planetarium. Pani ta posługiwała się biegle chyba pięcioma czy sześcioma językami, co takie rzadkie w Holandii nie jest.
W drodze do Franeker musiałem przejechać po Afsluitdijk. W następnymi wpisie napiszę, co ten trudny wyraz oznacza :)

środa, 29 września 2010

Jak Holendrzy mieszkają? Wnętrza

W centrach miast Holendrzy także mieszkają w kamienicach, takich jak np. ta na zdjęciu, sfotografowana rok temu w połowie października w Amsterdamie - ktoś się po prostu pospieszył z dekoracjami :)
Ale tematem wpisu miały być wnętrza. Niestety nie miałem zdjęcia żadnego typowego holenderskiego mieszkania czy domu w środku, a mój własny ani typowy, ani tym bardziej holenderski nie jest :) Różnic jest dość trochę i większość z nich widać w pierwszym momencie, kiedy Polak wejdzie do tutejszego mieszkania. Na ścianach najczęściej jest tynk strukturalny, prawie zawsze biały, od czasu do czasu ktoś pozwoli sobie na taką estrawagancję jak jakiś kolorek albo tapeta, która dla odmiany jest... biała :) Może to przez to, że tu stosunkowo mało słońca?
Holendrzy rzadko kiedy mają jedną wielką lampę pod sufitem, a jak mają, to nie używają, bardziej wolą słabe boczne oświetlenie. W ogóle jak na mój gust, to oni siedzą w półmroku. Meble dominują z Ikei albo podobnych sklepów. Tutaj jest bardzo mały wybór mebli - są albo tanie, podobne wszystkie do siebie, albo dość drogie designerskie, ręcznie robione itp - nie ma nic po środku. W salonie bardzo często naprzeciw telewizora jest jakaś sofa czy coś podobnego, ale jest to łóżko nierozkładane. Tu naprawdę ciężko kupić jakąś kanapę, którą da się rozłożyć na łóżko. Na podłodze rzadko kiedy są jakieś dywany czy wykładziny, najczęściej jakieś panele, deski albo terakota. Holendrzy i tak gości przyjmują w butach i kompletnie nie rozumieją tak typowo polskiego atakowania kapciami :)
Stosunkowo dużo mieszkańców Holandii lubi starocie i różne bibeloty i czasem ich mieszkania przypominają jakiś całkowicie zagracone złomowisko. Jedna pani mieszkająca na uliczce obok mnie w okresie świątecznym wystawia w oknach grubo ponad setkę figurek mikołajów, reniferów, choinek, krasnali... Holendrzy też dekorują swoje domy kwiatami, najchętniej ciętymi, które tu są śmiesznie tanie (szczególnie wiosną), a latem na prawie każdym parapecie kwitną orchidee. Nie spotkałem za to tutaj widocznych dość często w Polsce paprotek czy palm.
Za kilka dni wreszcie zmienię temat i napiszę o najstarszym działającym planetarium na świecie.

czwartek, 16 września 2010

Jak Holendrzy mieszkają? Adresy w Holandii

Kilka dni temu wspomniałem o "kolorowych adresach" w Holandii. Domki szeregowe, w których mieszczą się dwa osobne mieszkania, mają ten sam numer, a różnica jest w kolorze. Jeśli powiększycie zdjęcie obok, to będzie to widoczne. Mieszkanie na górze ma numer w kolorze czerwonym, mieszkanie na dole ma numerek czarny. Zapisuje się to najczęściej używając nazwy koloru albo jego skrótu. Górne mieszkanie ma po numerze domu dodane rood albo rd, dolne ma zwart albo zw.
Warto także przy okazji wspomnieć o adresacji w Holandii. W kraju tulipanów każdy dom czy każde mieszkanie ma swój osobny numer. Nie stosuje się numeracji blok/mieszkanie, nawet w dużym bloku każde mieszkanie ma swój osobny numer. Wyjątki są naprawdę rzadkie i polegają najczęściej na dodaniu litery do numeru klatki, czyli w klatce 3 istnieją mieszkania 3A, 3B, 3C, 3D, 3E, 3F, 3G, 3H, 3J (litera I bywa pomijana, pewnie przez podobieństwo do jedynki), 3K... itp.
Ciekawa sprawa jest z kodami pocztowymi - kody tutaj mają postać CCCC LL, gdzie C oznacza cyfrę, a L literę. System projektowano tuż po wojnie i dlatego niektóre pary liter nie są nigdy używane (SS, SA itp). Największą ciekawostką jest to, że każdy numer domu jest unikalny w obrębie danego kodu pocztowego. Do jednoznacznej identyfikacji adresu w Holandii wystarczy kod pocztowy i numer domu i jest to bardzo przydatne w różnych formularzach, gdzie nie trzeba podawać nazwy ulicy i miasta. Czyli zapis "2014 GC 9" jest pełnym adresem mieszkania, w którym kiedyś mieszkałem, sprytne, nie? :)

wtorek, 14 września 2010

Jak Holendrzy mieszkają? Domy szeregowe większe

Skupiliśmy się ostatnio na domkach szeregowych i jako przykład opisałem dość mały domek, wspominając jednak, że czasem zabudowa jest bardziej zwarta. Zdjęcie obok przedstawia większy dom, który także zalicza się do domów szeregowych, jednakże różnicą jest to, że mieszkają w nim dwie rodziny. Na zdjęciu widać dwoje drzwi tuż obok siebie - te po lewej prowadzą do mieszkania na parterze, które ma tylko jeden poziom i z reguły jest dość małe, bo składa się tylko z salonu, kuchni, łazienki i jednej, bardzo rzadko dwóch sypialni. Te ograniczenia wynagradza jednak własnego ogród.
Za drzwiami z prawej strony jest bardzo stroma i bardzo wąska klatka schodowa (to takie typowe dla Holandii), która prowadzi do większego mieszkania na piętrze. To dwupoziomowe mieszkanie jest już całkiem spore, i może mieć 4 czy nawet 5 sypialni. Brak ogrodu rekompensuje taras dachowy zbudowany na sypialni, kuchni albo łazience sąsiadów z dołu.
Największą jednak ciekawostką dla Polaków jest to, że oba mieszkania położone w tym domu mają ten sam numer, a wyróżnia je tylko kolor. O tym, dlaczego adresy w Holandii są kolorowe, napiszę jeszcze w tym tygodniu.

czwartek, 9 września 2010

Jak Holendrzy mieszkają? Domki szeregowe

Kilka dni temu napisałem, że podstawową formą zabudowy w Holandii są domy szeregowe. Myślę, że czytelnikowi z Polski należy się odrobina opisu, bo dom domowi nierówny.
Na zdjęciu obok widać typowy mały domek w holenderskim mieście. Taka forma zabudowy raczej dominuje poza centrum i na przedmieściach, wysokie ceny gruntu powodują, że w lokalizacjach bliżej centrum stawia się raczej duże domy szeregowe, które opiszę w osobnym wpisie.
Zdjęcie zostało zrobione od strony ulicy. Mikroskopijny ogródek przed domkiem nie jest regułą, czasem go nie ma i wtedy okno wychodzi bezpośrednio na chodnik. Duży ogród za to znajduje się dokładnie za domkiem, choć najczęściej nie jest zielony i cały jest pokryty kostką brukową. Po drugiej stronie ogródka znajduje się często jeszcze szopa.
Na parterze domu mieści się praktycznie tylko wielki salon/pokój dzienny, często z aneksem kuchennym. Wiele domów ma jeszcze przybudówkę zajmującą część ogródka i tam może mieścić się kuchnia albo łazienka. Czasem jednak łazienka jest na piętrze i wtedy na dole jest dodatkowo mała ubikacja. Na piętrze są sypialnie, w takim domku najczęściej są to dwa albo trzy pokoje. Taka konstrukcja domu wyraźnie dzieli dom na dwie strefy - parter (widoczny z ulicy przez okno bez firanek), gdzie przyjmuje się gości, oraz piętro, gdzie okna są pozasłaniane i wstęp mają tylko mieszkańcy (i koty).
Charakterystyczne wykuszowe okna spotyka się dość często. Nierzadko okna te mają formę wystawki - odpowiednie dekoracje pokazują ważniejsze wydarzenia z życia rodziny, jak narodziny dziecka czy urodziny jednego z mieszkańców, czasem wiszą tam bazgroły dzieci albo koty śpią wśród orchidei :)
Na sam koniec trochę liczb - taki domek ma z reguły około 60-70 metrów kwadratowych, a działka mieszcząca domek i ogród ma około 1 ar (100 metrów kwadratowych). Niektórzy decydują się na dobudowanie dodatkowego piętra powiększając wtedy swój dom o kolejne 2 pokoje. Na sam koniec zwróćcie uwagę na jeden szczegół - ten domek jest wręcz klonem domków obok. Taka jednolitość jest bardzo charakterystyczna dla Holandii i jest uregulowana wieloma przepisami. Wszystkie domy na danej ulicy mają po prostu być w miarę możliwości takie same. W Belgii czy Niemczech nie ma takich przepisów, a prawdziwi Holendrzy nie lubią takiej zagranicznej eklektycznej architektury ;)

czwartek, 2 września 2010

Jak Holendrzy mieszkają?

Tym postem chciałbym zainaugurować serię wpisów poświęconych tematyce mieszkaniowej w Holandii. Będzie wszystko - statystyki, zdjęcia, opisy zarówno zewnętrza i jak wnętrza holenderskich mieszkań. Wspomnę także o umeblowaniu oraz adresacji, która wcale taka prosta nie jest. Uważny czytelnik dowie się np., dlaczego niektóre adresy są czerwone, a inne czarne :)
Jednak zacznę od statystyk: Holendrzy są w czółówce europejskiej jeśli chodzi o zadowolenie ze swojej sytuacji mieszkaniowej, bo wyraża je prawie 80% mieszkańców. Gdzie zatem oni mieszkają? W Holandii zaledwie kilkanaście procent społeczeństwa mieszka w blokach (lub apartementowcach, czy innych wielorodzinnych budynkach). Z drugiej zaś strony tylko 15% luności mieszka w wolnostojących domach jednorodzinnych. Jak rozwiązać ten paradoks? Specyfika Holandii (największe zagęszczednie ludności w Europie, a co za tym idzie wysokie ceny gruntu) oraz stosunkowe bogactwo mieszkańców (bogaty nie chce mieszkać w bloku) spowodowały, że większość Holendrów mieszka w domkach szeregowych. Domek szeregowy jest pewny rodzajem kompromisu, choć według niektórych łączy on harmonijnie wszystkie wady bloku i domu :)
Co jeszcze wyróżnia mieszkania i domy w Holandii na tle Europy? Według statystyk UE są dwa typowo holenderskie zjawiska: otwarta kuchnia oraz ogród albo balkon. Ponad 1/3 Holendrów nie ma kuchni jako osobnego pomieszczenia, z reguły funkcję kuchni pełni część salonu. Na drugim miejscu w tej statystyce są Włochy, gdzie typowa kuchnia nie występuje w tylko 11% domostw, wszystkie inne kraje mają tą wartość poniżej 10%. Drugim holenderskim fenomenem jest to, że tutaj tylko 3% ludzi nie ma ogrodu, balkonu albo tarasu dachowego. Widać tutaj umiłowanie Holendrów do spędzania czasu pod gołym niebem pomimo tak częstej złej pogody. W słynących ze słonecznych dni Hiszpanii i Portugalli aż 25% mieszkańców nie ma ani ogrodu, ani balkonu, ani tarasu.
O wyglądzie mieszkań jeszcze napiszę dużo, ale warto wspomnieć o jednej bardzo charakterystycznej cesze - chyba z uwagi na dużą ilość pochmurnych dni Holendrzy mają olbrzymie okna. Praktycznie cała zewnętrzna ściana jest jednym wielkim oknem. Na zdjęciu budowany blok w starych dokach Amsterdamu - dobrze widać, że składa się głównie z okien :)

środa, 25 sierpnia 2010

Lejda

Dzisiejszy wpis będzie poświęcony Lejdzie - jednemu z najstarszych miast Holandii, które prawa miejskie otrzymało w 1266 roku, czyli 15 lat później niż Kraków. Tutaj właśnie urodził się Rembrandt (chyba nie muszę tłumaczyć, kim on był, prawda?), ale Lejda najbardziej jest znana ze swojego uniwersytetu, który jest najstarszym w kraju. Tutejszy uniwersytet został założony przez Wilhelma I Orańskiego i do tej pory utrzymuje silne związki z rodziną królewską, ponieważ do jego absolwentów należą obecna i dwie poprzednie królowe oraz następca tronu książę Willem-Alexander. Pewnie jego córki, w tym najstarsza - księżniczka Catharina-Amalia, też będą tu studiować, ale na razie te małe dziewczynki mają na to sporo czasu :)
Uniwersytet w Lejdzie, a dokładniej jego ogród botaniczny, jest miejscem, w którym zakwitnął pierwszy tulipan w Holandii. Na tej uczelni także dokonano wielu odkryć, np. pierwszy kondensator nie bez powodu zwał się butelką lejdejską. Sama Lejda słynęła z bardzo wielu drukarń oraz wielkiej wolności słowa. W czasie, gdy we Włoszech Galileusz był bliski spalenia na stosie, jego książki były swobodnie drukowane w jednym mieście - właśnie w Lejdzie.
Zdjęcie obok pochodzi z Lejdy, ale zamiast zabytków przedstawia świetny sposób na upchanie tysięcy rowerów koło dworca. Sam dworzec jest delikatnie wyniesiony ponad otaczający go teren i tory do niego dochodzą na estakadach, pod którymi mieszczą się jedno- i dwupoziomowe parkingi rowerowe. Tuż koło dworca jest zaprojektowany podobnie postój taksówek, pod nim także zmieści się sporo rowerów. Lejda to jedyne miasto, jakie widziałem w Holandii, które nie jest otoczone "zwałami" rowerów. Razem z położonym tuż obok Delft stanowią idealny cel na jednodniową wycieczkę z Amsterdamu - bardzo polecam!

niedziela, 22 sierpnia 2010

Sail Amsterdam 2010

Dziś dobiega końca najważniejsze wydarzenie żeglarskie w Holandii w tym roku, a mianowicie Sail Amsterdam 2010. Jest to impreza podobna do Tall Ship Races, które to powinny być dość znane czytelnikowi, bo kilka razy gościły w Polsce. Amsterdam oczywiście uczestniczył w Tall Ship Races w latach 1980 i 2000 jako miasto finałowe.
Sail Amsterdam odbyło się pierwszy raz w roku 1975, z okazji 700-lecia założenia (lokacji) miasta i od tego czasu impreza ta odbywa się co 5 lat. Największy żaglowiec świata (Sedov) jest rosyjski, ale Polska także ma godną reprezentację, w tym roku polskie jachty to Dar Młodzieży, Pogoria oraz ORP Iskra. Większość wielkich żaglowców miałem okazję obejrzeć 3 lata temu w Szczecinie, co ciekawe, wydaje mi się, że w Szczecinie było więcej ludzi i dłuższe kolejki do zwiedzania jachtów. Sam Szczecin będzie raz jeszcze gospodarzem regat Tall Ship Races w roku 2013.
Podobnych zlotów wielkich żaglowców odbywa się na świecie sporo, jednak te amsterdamskie mają specyfikę, ponieważ uczestniczą w nich tysiące Holendrów - uczestniczą dosłownie, pływając w setkach łódek wokół dużych jachtów. Zlot rozpoczyna się paradą wielkich żaglowców, które z Morza Północnego płyną Kanałem Morza Północnego do Amsterdamu. Już tydzień wcześniej z całej Holandii ściągały mniej lub bardziej dziwne łódki do IJmuiden, żeby dołączyć do Parady, ale kulminacja zabawy następuje i tak w Amsterdamie. Wiele pływających łódek to imprezownie, ale zdarzają się też ciekawostki, jak tratwa, na której jest tylko kanapa, lodówka z piwem i kilku chłopa, czy też pływający salonik, w którym znajduje się fotel, stojąca lampa i kwiatki w doniczkach :) Odbył się też koncert, na którym śpiewano (w dziesiątkach różnych wersji) tylko jedną piosenkę - tą samą, która towarzyszyła mi przy przeprowadzce z Polski do Holandi:

piątek, 13 sierpnia 2010

Holandia w liczbach

Nie, nie będzie to pełne kompendium na temat Holandii, ale kilka liczbowych ciekawostek o tym kraju.
W Holandii uprawy tulipanów zajmują 10 tys. ha, a każdego roku produkuje się około 3 mld cebulek, z czego dwie trzecie idzie na eksport.
W odbywającej się w zeszłym tygodniu piętnastej już paradzie Gay Pride uczestniczyło 80 barek oglądanych przez prawie 400.000 ludzi (pomimo kiepskiej pogody).
W Holandii mieszka ponad 16 mln mieszkańców (patrz kolorowa ramka po lewej), z czego milion przyznaje się do homoseksualizmu, a około 1,1 miliona ma co najmniej dwa paszporty, poza niderlandzkim głównie turecki lub marokański (marokańskiego obywatelstwa nie da się nijak znieść, ma się je dożywotnio). Połowa z około 750.000 mieszkańców Amsterdamu to obcokrajowcy.
W zeszłym roku miasto Amsterdam usunęło z ulic 45.000 bezpańskich rowerów. Obecna infrastruktura pozwala w Holandii na zaparkowanie 70.000 rowerów w pobliżu dworców kolejowych, ale w ciągu najbliższych lat ma być zapewnione minimum 150.000 miejsc.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Bezpańskie rowery

Kilka dni temu pisałem o ogromnej ilości rowerów wokół dworców kolejowych w Holandii. Problem cały czas narasta, ponieważ wielu turystów w rozmaity sposób "organizuje" rowery, które następnie porzucają. Nie ma się co dziwić - pożyczenie roweru kosztuje około 10 euro za dzień, a już za 20-25 euro można kupić od ciemnoskórego imigranta kradziony rower. W sklepie najtańsze używki kosztują 40-50 euro, więc na tygodniowy pobyt w Amsterdamie bardziej opłaca się rower "zorganizować" lub kupić, niż wypożyczać. A co się potem robi z takim rowerem? No cóż, niektóre lądują na dnie kanałów, pewnie zdarza się też nieraz, że nieobeznany z miastem turysta zapomniał, gdzie zostawił rower i nie umie wrócić do tego miejsca. No cóż, za dużo marihuany i emocji :)
Władze jednak znalazły już dawno sposób na to, inaczej już po jednym roku koło większych dworców byłoby naście ton rdzewiejącego złomu. Co kilka miesięcy organizuje się wielką akcję "zalepiania" rowerów - rzucająca się w oczy papierowa opaska jest zaklejona wokół koła i błotnika. Jeśli się znajdzie taką opaskę na swoim rowerze, to nie trzeba jej nawet ściągać - to papier, więc przy najmniejszym ruchu kołem, zerwie się ona sama. Na opasce jest napisane, że naklejona została dnia tego i tego, a za tyle i tyle dni, jeśli rower nie wykazuje śladów użytkowania, zostanie on zabrany siłą i przemocą do odpowiedniego miejsca. Każdy większy dworzec w Holandii ma niedaleko warsztat, który takie bezpańskie rowery zbiera, czyści, odnawia, a następnie sprzedaje. Na pewno zdarza się czasem, że jeden i ten sam rower w ciągu swojego "życia" trafia kilka razy do takiego warsztatu - taka swoista reinkarnacja :)
Na zdjęciu powyżej, zrobionym 2 tygodnie temu w Amsterdamie, widać właśnie taką opaskę. O ile dobrze odczytuję te koślawe literki, to założona została 14 lipca, a po 28 dniach, czyli 12 sierpnia rower zostanie zabrany. Tak wiem, od 14 lipca do 12 sierpnia jest 29 dni ;) A co jeśli ktoś jest na długich wakacjach? Cóż, w takim razie rower należy zostawić w domu, a przypadku roweru, którym się dojeżdża z pracy do dworca... najczęściej nie jest on warty zachodu, jak kogoś stać na wielotygodniowe wakacje, to stać go także na odkupienie swojego rowerka po przymusowym remoncie, prawda? :)

piątek, 30 lipca 2010

Za dużo rowerów

Holendrzy mają problem: dworce większych miast są wręcz zawalone rowerami. Mimo iż pojedynczy rower nie zajmuje dużo przestrzeni, to 10.000 już potrzebuje sporo miejsca. Oczywiście Holendrzy zdają sobie sprawę, że samochody by zajęły zdecydowanie więcej przestrzeni, ale jednak mimo to postrzegają ogromne ilości rowerów w kategoriach problemu.
O wciąż budowanym podziemnym parkingu rowerowym w Haarlemie pisałem już zeszłego roku, tym razem postanowiłem wspomnieć o Amsterdamie. Okolice dworca głównego są tutaj wręcz zasypane rowerami, które poniewierają się wszędzie. Tuż obok dworca jest ogromny wielopoziomowy parking, który jednak przechowuje niewielką część jednośladów. Na zdjęciu obok widać u góry widok z boku na ten parking - z tej strony ma trzy poziomy, po przeciwległej stronie są dwie dodatkowe rampy. Na dole widać zdjęcie jednej z tych ramp. Nie chciało mi się liczyć, ale szacuję, że mieści się tam jakieś minimum 2500 rowerów. Po drugiej stronie dworca (który mieści się na sztucznej wyspie) są przycumowane na stałe dwie barki, które mieszczą dwupoziomowe parkingi rowerowe, a każdy kąt wokół dworca także mieści mnóstwo złomu, przepraszam - pięknych holenderskich jednośladów :)
Skąd koło amsterdamskiego dworca tyle rowerów? Wiele z nich nie należy do mieszkańców miasta, ale do ludzi pracujących tu. Używają jednego rowera, żeby dojechać z domu do najbliższej stacji, a w Amsterdamie drugim rowerem dojeżdżają z dworca do pracy, proste, prawda? Cześć rowerów została także kupiona, czy też skradziona pożyczona przez turystów, którzy je potem tu porzucili. Takich bezpańskich rowerów jest bardzo dużo, jednak Holendrzy mają na to dość skuteczny sposób. Jaki? O tym już za parę dni :)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Muzeum kolejowe w Utrechcie

W Utrechcie działa muzeum kolejowe, o którym chciałbym dzisiaj napisać. W zasadzie to nic takiego, podobnych muzeów jest dużo w całej Europie, więc po co o tym pisać? Pierwsza przyczyna jest taka, że jest to muzeum dość unikalne, bo poświęcone jest głównie pociągom i wagonom używanym przez rodziny królewskie. W tej chwili monarchowie używają głównie samolotów i śmigłowców, ale przez równe 100 lat (druga połowa XIX wieku i pierwsza połowa XX) podróżowali głównie przy użyciu kolei. To koleją królowa jechała na wakacje, król wizytował armie, księżniczka na wydaniu jechała do swojego księcia... :) Co ciekawe pociągi były też ostatnim środkiem lokomocji władców - czy też jako pociągi pogrzebowe, czy bardziej pomagające monarchowi uciec z kraju. Ostatni cesarz Niemiec, jak też ostatni cesarz Austro-Węgier oraz wiele innych koronowanych głów uciekali ze swojego kraju pociągami. Muzeum w Utrechcie ma oryginały i repliki wielu wagonów używanych przez rodziny królewskie Holandii, Niemiec, Anglii, Austro-Węgier, Bułgarii, Portugalii, Rosji, Danii, Belgii, Szwecji... i pewnie innych, o których zapomniałem. Swój pociąg miała także rodzima rodzina królewska - królowe holenderskie jeszcze przez jakiś czas po wojnie używały pociągów, a dopiero kilka lat temu zrezygnowano z utrzymywania pociągu królewskiego.
Drugą ważną podkreślenia rzeczą jest to, jak to muzeum jest zrobione. Ja mam małego fioła na punkcie kolejek, a w tym muzeum byłem z dwiema kobietami, które, wbrew moim obawom, wcale się tam nie nudziły. Nawet takie muzeum, które teoretycznie powinno interesować tylko małych i dużych chłopców, okazuje się bardzo ciekawe dla wszystkich zwiedzających. Odtworzono tutaj np. wnętrza królewskich poczekalni na dworcach, a podróż w czasie do początków kolei działa na wszystkie zmysły łącznie nawet z powonieniem! W muzeum pracuje dużo statystów, jacyś 'chłoporobotnicy z epoki' noszą towary, a kobiety w przebraniu królowych opowiadają o dolach i niedolach podróżowania koleją 100 lat temu (na zdjęciu), więc kilka godzin przeleci błyskawicznie, mimo iż początkowo planowało się "nie więcej niż godzinkę, kogo w końcu jakieś kolejki interesują" :)
Całe szczęście w Polsce zaczęto także budować muzea z prawdziwego zdarzenia, ostatnio oddane Fabryka Schindlera w Krakowie czy Muzeum Powstania Warszawskiego są na najwyższym światowym poziomie!

czwartek, 15 lipca 2010

I po finale

Po raz czwarty Holandia przegrała w finale, po raz czwarty musi się zadowolić tytułem wicemistrza. Mimo porażki Holendrzy cieszą się z dotarcia aż do finału i z bycia tak blisko zwycięstwa, a piłkarze po powrocie do kraju byli naprawdę witani z fetą. Mimo negatywnego nastawienia bardzo fajnie to opisała Agnieszka w ostatnim wpisie na swoim blogu - bardzo polecam przeczytanie i obejrzenie filmików podlinkowanych tam!
Mistrzostwa za nami, więc pora nadrobić zaległości, już wkrótce pojawią się nowe wpisy, między innymi o kolei, służbie zdrowia oraz imigrantach w Holandii.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Jak głosowali Polacy w Holandii

Wybory prezydenta RP odbywały się także poza granicami kraju, głosować mogli zamieszkujący tam Polacy oraz przebywający akurat na wakacjach turyści. Myślę, że wyniki wyborów w Holandii zainteresują wielu czytelników, ale najpierw napiszę, jak wyglądało tutaj głosowanie. Ambasada RP w Hadze zorganizowała 4 komisje wyborcze: dwie w samej ambasadzie w Hadze, jedną w Amsterdamie i jedną w Brunssum (małe miasteczko w południowo-wschodniej Holandii).
W pierwszej turze w całej Holandii oddano 4015 ważnych głosów, w tym 63.5% na Bronisława Komorowskiego, 18,6% na Jarosława Kaczyńskiego, powyżej 1% mieli jeszcze Grzegorz Napieralski i Janusz Korwin-Mikke, pozostali kandydaci dostali pojedyncze głosy.
W drugiej turze we wszystkich komisjach głosowało więcej osób, w całym kraju oddano 4656 ważnych głosów, 76.1% na Bronisława Komorowskiego i 23.9% na Jarosława Kaczyńskiego.
Warto podkreślić, że głosy z Holandii miały znikomy wpływ na całość wyników wyborów, ponieważ wszystkich głosów na całym świecie oddano około 17 mln, ale jednak coś pokazują - o ile przyjmuje się (za statystyką), że elektorat Jarosława Kaczyńskiego, to osoby ze wschodnich rejonów kraju, niewykształcone i gorzej sytuowane, to akurat Polacy przebywający w Holandii słabo się wpisali w stereotyp "półgłówka na zmywaku". Ważny jest też fakt, że przebywanie poza granicami kraju daje odpowiednią perspektywę do oglądania polskiej sceny politycznej, a porównania do innych krajów UE pokazują odpowiedni poziom żenady niektórych kandydatów.
A na zdjęciu wejście do komisji wyborczej w Domu Polskim w Amsterdamie.

czwartek, 24 czerwca 2010

Mundial

Holendrzy mają fioła na punkcie piłki nożnej. Kamieniczka po lewej stronie zdjęcia była udekorowana już w połowie maja. W tej chwili całe miasta są pomarańczowe, nad wieloma uliczkami (w tym nad tą, przy której mieszkam) wiszą pomarańczowe chorągiewki, latarnie i znaki drogowe są szczelnie poowijane i nawet całe domy zmieniają fasadę na oranje.
Praktycznie każdy śledzi rozgrywki, nie spotkałem się tu jeszcze z opinią, że ktoś nie lubi oglądać "bandy spoconych facetów". Kobiety orientują się, kto z kim w grupie, kto którego dnia gra - zupełne wariactwo. Gdy reprezentacja Holandii gra w godzinach pracy, we wszystkich chyba biurach praca ustaje. Pracodawcy dobrze wiedzą, że gdyby nie zorganizowali oglądania meczu, to większość załogi wzięłaby wolne na popołudnie :) Inną sprawą jest to, że podczas mistrzostw mało kto wyjeżdża na wakacje :)
Cała Holandia się dekoruje, ale w tym roku przoduje w tym małe miasteczko Goirle na południu kraju. Polecam obejrzenie kilku zdjęć stamtąd. Po ulicach wszystkich miast jeżdżą samochody z niderlandzkimi flagami, w sklepach rozdają piłkarskie gadżety, a okna domów są jedną wielką wystawką oranje.
Na razie pomarańczowym idzie całkiem nieźle, po trzech wygranych meczach są jedną z najlepszych drużyn i wielu ich typuje na faworyta. Polacy nie grają, więc kibicuję Holendrom. Przy okazji mistrzostw zorientowałem się, że mimo iż mieszkam tu już ponad dwa lata, kompletnie nie rozpoznaję lokalnego hymnu, no cóż - może kiedyś zapamiętam tę dziwną melodię ;-) Aha, dziś w niderlandzkiej TV był "polski" akcent, bo jednym z gości był Leo Beenhakker :)

wtorek, 22 czerwca 2010

Ptaki w Holandii

Wiele razy zachwycałem się bliskością natury w Holandii. Mimo iż ten kraj praktycznie nie posiada prawdziwie naturalnych, nieprzekształconych przez człowieka miejsc, to czuje się tu bliskość przyrody. Szczególny status w Holandii mają ptaki. Jest ich tu bardzo dużo i w ogóle nie boją się człowieka. Kaczki krzyżówki i łyski robią gniazda gdziekolwiek, często przechodzień ma takie gniazda na wyciągnięcie ręki. Codziennie jeżdżąc do pracy można obserwować sytuację w gnieździe, a później rozwój kaczątek.
Zdjęcie obok obrazuje sytuację, której byłem świadkiem - dwa łabędzie postanowiły posiedzieć na ścieżce rowerowej (ta pokryta kostką, po lewej), czym trochę blokowały ruch, a po jakimś czasie postanowiły przenieść się na jezdnię. W tempie iście spacerowym (chyba 1 krok na minutę) zmierzały w stronę kanału całkowicie blokując ruch na drodze. Dość szybko pojawiło się kilkanaście samochodów i spokojnie czekały, aż ptaki przejdą. Nikt się nie denerwował, nie trąbił, nikt także nie próbował ich przegonić. Dopiero po kilku chwilach, kiedy łabędziom znudziło się blokowanie drogi, kolejka samochodów zaczęła się rozładowywać.
Zdjęcie pokazuje także typowe w Holandii całkowite rozdzielenie samochodów od rowerów, widać też wszechobecną wodę. Dom położony nad wodą i nieoddzielony od niej żadną drogą jest marzeniem każdego Holendra i zyskuje na wartości minimum 50.000 euro!.

piątek, 11 czerwca 2010

Wyniki wyborów w Holandii w 2010

W środę pisałem o odbywających się tego dnia wyborach. Teraz już wiadomo, że wygrali liberałowie VVD, a na drugim miejscu była antyislamska partia PVV Geerta Wildersa. Premierem prawdopodobnie będzie Mark Rutte, który, niestety, jak się właśnie teraz dowiedziałem, jest historykiem i nie ma żony, ani dzieci, a choć media nie piszą, to ja jestem prawie pewien, że ma kota, no bo każdy Holender ma ;-) Życzę Holendrom, żeby historia nie lubiła się powtarzać i żeby ich samotny historyk sprawował się znacznie lepiej niż jego polski odpowiednik. Całe szczęście Mark Rutte nie ma brata bliźniaka :)
Holenderski parlament ma tylko 150 posłów, jest dużo tańszy w utrzymaniu i łatwiej się w nim dogadać niż w przypadku prawie 500 polskich darmozjadów. Przez ostatnie 30 lat prawie bez wyjątku rządzili chrześcijańcy demokraci, którzy teraz stracili aż 20 posłów. W Holandii jest stale w parlamencie obecna partia zielonych, która obecnie zdobyła 10 miejsc, a do ciekawostek z polskiego punktu widzenia można zaliczyć "partię na rzecz zwierząt", która obsadziła dwa stołki. Charakterystyczne dla Holandii jest też to, że tutaj wygrywający nie mogą samodzielnie rządzić. Obecny zwycięzca zajął tylko 31 miejsc w parlamencie, a do większości 76 głosów brakuje sporo, dlatego w Holandii najczęściej rządzą koalicje trzech albo czterech partii (i jakoś się najczęściej dogadują).
Trochę abstrakcyjna dla Polaków mogły być tutejsze dyskusje przedwyborcze. Holendrzy są bardzo pragmatyczni i zdają sobie sprawę, że z powodów demograficznych wszystkie obecne systemy emerytalne się posypią. Tutaj przechodzi się na emeryturę w wieku 65 lat, a coraz częściej mówi się o wydłużeniu wkrótce czasu pracy do 67 lat czy nawet do późniejszego wieku. Za to Polska, jeden z najbogatszych krajów Europy, daje emerytury kobietom już po osiągnięciu 60 lat, a mundurowi czy górnicy, nie płacąc w większości w ogóle składek ZUS, mogą być całkiem dobrze uposażonymi emerytami zaraz po czterdziestce. Widocznie Polacy uważają, że mając 1000 pomników papieża i świętego męczennika prezydenta pochowanego z królami, ich kraj otacza magiczna aura, która powoduje, że na emeryturze nie będą potrzebowac ani jedzenia, ani ubrań, ani prądu, czy gazu i że się spokojnie obejdą bez pieniędzy. Ciekawe, że ten naród daje się prowadzić tak ślepo aż na sam skraj przepaści. No ale tuż przed katastrofą znajdzie się na pewno wielu winnych i zamiast chleba będą przynajmniej igrzyska!

środa, 9 czerwca 2010

Wybory

Dziś w Holandii wybory do krajowego parlamentu, czyli jedyne wybory, w których obcokrajowcy nie mogą głosować. Pisałem już wcześniej, że tutaj wybory i głosowania odbywają się w dzień roboczy. Ciekawy artykuł o tych wyborach opublikowała Gazeta Wyborcza, cytuję:

"Prawie 12 milionów Holendrów wybiera 150 deputowanych do Stanów Generalnych, izby niższej parlamentu. Około 10 tys. lokali będzie otwartych do godz. 21. Umieszczono je w budynkach publicznych, szkołach i centrach sportowych, ale również w kościołach, restauracjach, szpitalach oraz na 44 największych dworcach kolejowych w kraju i na amsterdamskim lotnisku Schiphol."

O sytuacji politycznej w kraju informuje inny artykuł, według którego najprawdopodobniej premierem będzie lider liberałów, były menedżer koncernu Unilever. W sumie jakie to logiczne - za gospodarkę i finanse powinien odpowiadać ktoś, kto ma w tym jakieś doświadczenie, najlepiej jakiś sprawdzony biznesmen! Za to Polska ma pecha do historyków - obecny premier Donald Tusk ma wykształcenie historyczne (praca magisterska o kształtowaniu się legendy Józefa Piłsudskiego w przedwojennych czasopismach), były prezydent Lech Kaczyński miał doktorat z historii za rozprawę, w której soczyście cytował Lenina, Marksa i Engelsa, a obecny faworyt, Bronisław Komorowski, jest także historykiem, który nawet chwali się, że swoją pracę magisterską napisał w 11 dni przy pomocy żony i teścia... Na pocieszenie pozostaje fakt, że były premier Holandii, Jan Peter Balkenende aka "Harry Potter", także studiował historię, ale uwaga - historię gospodarki. Może dlatego Holendrzy skupiają się na gospodarce, a w Polsce najważniejsze są pomniki i rocznice?

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Przepisy pracy w Holandii

Pod ostatnim wpisem, w którym tak użalałem się nad 11 miesiącami nieprzerwanej pracy w Holandii, jeden z czytelników zadał pytanie o ilość urlopu w Holandii. Myślę, że to dobra okazja, żeby na łamach tego bloga napisać słów kilka o przepisach pracy w Holandii.
Największą różnicą pomiędzy polskim i holenderskim rynkiem pracy jest ogromna liczba pracujących tutaj młodych ludzi. Wielu Holendrów zaczyna pracę mając 15 czy 16 lat i nie jest to niczym dziwnym. Rynek jest doskonale dostosowany i są przepisy dokładnie określające, jaką pracę może wykonywać nieletni, w jakim wymiarze godzin, jak długo ma odpoczywać, ile zarabia itp. Najmłodsze dzieciaki roznoszą gazety i ulotki albo koszą trawniki, czy pomagają przy zbieraniu tulipanów. Starsze dzieciaki mogą pracować w supermarketach czy pomagać w najprzeróżniejszych firmach. 15-latek musi zarabiać minimum 422,30 euro miesięcznie, 20-latek minimum 865,65 euro, a od 23 lat w górę płaca minimalna wynosi 1407,60 euro (dane aktualne na wiosnę 2010). Przeciętne wynagrodzenie w tej chwili wynosi gdzieś miedzy 2000 a 2500 euro, wszystkie te kwoty są oczywiście brutto, a o niemałych tutaj podatkach pisałem już wcześniej.
Przepisy dotyczące urlopu są tutaj też różne od Polskich. Minimalna ilość dni płatnego urlopu to cztery razy ilość dni przepracowanych w tygodniu, czyli w większości przypadków 20 dni w roku. Ta formuła jest pewnie dlatego, że w Holandii sporo kobiet pracuje na różne części etatu, np dwa albo trzy dni w tygodniu. Jednak większość firm oferuje pracownikom troszkę więcej i standardem w wielu firmach jest 25 dni płatnego urlopu rocznie.
Jeden aspekt umów o pracę w Holandii jest taki sam jak w Polsce - po trzech terminowych umowach o pracę, czwarta musi być już na czas nieokreślony.
Na zdjęciu powyżej dwa zawody, których w Polsce raczej nie znajdziecie: pan robiący chodaki (drewniane buty) oraz pani sprzedająca sery na straganie nad kanałem.

poniedziałek, 31 maja 2010

11 miesięcy pracy

Pisałem często o świętach narodowych w Holandii narzekając, jak to mało tu świąt i jak dużo trzeba pracować. Tym razem kalendarz sprawił niezłego psikusa Holendrom, bo przed wszystkimi pracującymi tutaj jest 11 miesięcy pracy bez ani jednego święta. Dokładnie tydzień temu było ostatnie święto tego roku - 24 maja 2010 to drugi dzień zielonych świątków, dzień wolny od pracy w wielu protestanckich krajach. Druga połowa roku w Holandii z dni wolnych ma tylko, tak jak cała Europa, 25 i 26 grudnia (gwiazdka). Jednakże w 2010 akurat te dni wypadają w weekend, jak również 1 stycznia 2011. Więc następne świeto to, dość późna w przyszłym roku, Wielkanoc (25 kwietnia 2011).
Reasumując - w Holandii od 24 maja 2010 do 25 kwietnia 2011, czyli przez dokładnie 11 miesięcy, nie będzie ani jednego święta wypadającego w dzień roboczy. Perspektywa troszkę dołująca, nieprawdaż? Troszkę tą gorzką perspektywę osłodził mijający właśnie maj 2010, kiedy to w Holandii były aż trzy dni wolne od pracy. Pewnie właśnie dlatego, wielu znajomych Holendrów planuje stosunkowo późne urlopy w 2010, przedkładając wrzesień i październik nad lipiec czy sierpień, żeby tylko mieć trochę wytchnienia.
A na zdjęciu obok, coś z zupełnie innej beczki - typowy widoczek zawierający to, co widzi się tu najczęściej poza samochodami i ludźmi, czyli kota i rowery.

czwartek, 20 maja 2010

Plan Delta

Plan Delta to nazwa imponującego systemu zapór i tam w Holandii. Po okropnej powodzi z 1 lutego 1953, kiedy to w samej Holandii zginęło 1836 osób, postanowiono zabezpieczyć kraj przed następnymi tragicznymi kulminacjami przypływu i sztormu. Podczas tej powodzi głównie ucierpiała południowa część Holandii, gdzie zostało zniszczonych 47 tysięcy domów, a morze wdarło się nawet 75 km wgłąb lądu. Słona woda spowodowała także spustoszenia w rolnictwie.
Na szkicu obok (z Wikipedii) widać zakres projektu, głównie w prowincji Zelandia. Olbrzymie zapory znacznie skróciły linię brzegową kraju i zamieniły kilka zatok w słodkowodne jeziora. Częścią Planu Delta są także wrota Rotterdamu opisywane przeze mnie poprzednio (Maeslantkering). Prace były wykonywane przez ponad 40 lat, by oficjalnie zakończyć się w 1997 roku.
Publikacja tego wpisu zbiegła czasowo z kolejną tragiczną powodzią w Polsce, gdzie wciąż wiele odcinków wałów nie było odnawiana od wojny. W Polsce by wystarczyło nawet 10% takich prac inżynieryjskich i wtedy przez następne dziesiątki lat byśmy powodzie oglądali głównie na archiwalnych zdjęciach. Niestety potrzeba do tego zbiorowego wysiłku całego narodu oraz polityków myślących o swoim kraju, a nie tylko o najbliższych wyborach czy własnej kieszeni. Nie, nie twierdzę, że Holendrzy są idealni i mają fantastyczny rząd. Tu też politycy kradną i wciąż się kłócą, jednak czasem potrafią wznieść się ponad podziały i zrobić coś pożytecznego dla swojego kraju.
Na koniec ciekawostka - telewizje w zachodniej Europie o powodzi w Polsce i środkowej Europie zaczęły mówić dopiero wczoraj (19 maja), kiedy to w Krakowie woda już opadała. Do wczoraj temat ten w mediach zachodnich nie istniał.

piątek, 14 maja 2010

Wrota Rotterdamu

Nie można opisywać Rotterdamu nie wspominając o jednym ze współczesnych inżynierskich cudów świata znajdujących się tuż obok. Mowa o Maeslantkering (ang. Maeslant Barrier), zwanym także wrotami Rotterdamu. Jest to ruchoma zapora, która umożliwia zamknięcie kanału prowadzącego z Morza Północnego do portu w Rotterdamie. Ale po co w ogóle zamykać ten kanał?
Warto w tym miejscu przypomnieć, że spora część Holandii znajduje się poniżej poziomu morza, a w kraju tym znajdują się ujścia kilku dużych europejskich rzek (m.in Moza i Ren). Podczas jednoczesnego wystąpienia takich zdarzeń jak wiatr od morza spiętrzający wodę morską przy wybrzeżu Holandii, przypływ oraz wysoki poziom rzek (spowodowany opadami nawet wiele setek kilometrów dalej), Holandii grozi wielkie niebezpieczeństwo powodzi. Mieszkańcy tego kraju mieli do wyboru - albo powiększyć wały na długości wielu setek kilometrów wyburzając przy tym wiele domów, albo znaleźć sposób na tymczasowe zablokowanie napływu morskiej wody do śródlądzia i zapora okazała się najtańszym rozwiązaniem.
Skala tego projektu jest przeogromna, wrota otwarte pozostawiają 360 metrów szerokości pozwalające na swobodne operowanie kanału, którym co kilka minut płyną jedne z największych statków świata. Każda z dwóch pływających zastaw postawiona w pionie byłaby wyższa od paryskiej wieży Eiffla, ważąc przy tym dwukrotnie więcej - nic dziwnego, że całość jest największym ruchomą konstrukcją świata. Co ciekawe zamykaniem i otwieraniem steruje tylko i wyłącznie komputer - uznano, że ludzie, często posiadający rodziny na terenach potencjalnie narażonych na zalanie, reagowaliby zbyt emocjonalnie i nie podejmowaliby racjonalnych decyzji.
Wrota Rotterdamu zostały zbudowane w latach 1991-1997 w ramach projektu Delta, który to jest na tyle ciekawy że zasługuje na osobny wpis - już wkrótce! Na zdjęciu powyżej (z Wikipedii) widać makietę kontrukcji.

czwartek, 13 maja 2010

Rotterdam

Nie tak dawno temu pisałem o Kubus woningen w Rotterdamie i obiecałem wyjaśnić, dlaczego akurat w Rotterdamie jest tyle nowocześnej architektury. W tym celu musimy się cofnąć aż do roku 1940.
Holandia nie była uwikłana ani w I, ani w II wojnę światową, próbując zachować neutralność, aż do 10 maja 1940, kiedy to Niemcy zaatakowali ten kraj. Zgodnie ze strategią Blitzkrieg oczekiwano, że tak małe państwo zostanie zdobyte w ciągu jednego dnia, jednakże wojska niderlandzkie stawiły znacznie silniejszy opór niż Hilter się spodziewał (Holandia w tym czasie miała tylko jeden czołg!). 14 maja Niemcy wysłali sporą część Luftwaffe nad Holandię, informując o tym rząd Holandii i próbując zmusić kraj do kapitulacji. Holendrzy zgodzili się podjąć rokowania i samoloty zostały odwołane. Niestety kilka eskadr samolotów lecących nad Rotterdam nie dostrzegło sygnałów odwołujących atak i zrzuciło prawie 100 ton bomb na miasto, w większości na centrum. Władze Holandii zorientowały się, że nie mają żadnej możliwości odparcia bombardowań i pod presją nalotów dywanowych na kolejne miasta (pierwszy na liście był Utrecht) podpisały akt kapitulacji.
Nie wiadomo, czy Holendrzy skapitulowaliby tak szybko, gdyby wszystkie samoloty zawróciły, ale można pokusić się o stwierdzenie, że Rotterdam został zniszczony przez przypadek i nieporozumienie. Podczas wyzwalania Europy miasto też niestety ucierpiało od angielskich i amerykańskich bombowców. Po wojnie postanowiono nie odbudowywać wszystkich zburzonych budynków w przedwojennym kształcie i Rotterdam postawił na nowoczesną architekturę. 2,6 km2 gruzów stało się świetnym poligonem doświadczalnym dla mniej lub bardziej kontrowersyjnych projektów, które na pewno nie kolidowały z zabytkami - ponieważ ich tutaj prawie w ogóle nie było, nie licząc jednego ocalałego kościoła.
Na zdjęciu powyżej panorama Rotterdamu z euromasztu - prawie 200-metrowej wieży widokowej. Po lewej widać białą sylwetkę mostu Erazma, który razem ze wspomnianą wcześniej wieżą jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta.

środa, 28 kwietnia 2010

Tulipany w 2010 nie obrodziły

Niestety w tym roku mało jest tulipanowych pól. Na południe od Haarlemu wciąż są pola pełne kolorów, ale to głównie hiacynty i przekwitłe już żonkile, tulipanów nie ma wiele. Przypuszczam, że zawiniła pogoda, długa zima i mrozy, które w Holandii nie są zbyt często.
Za to Keukenhof jak co roku piękny, właśnie po lewej jest kadr z tego pięknego parku.W Keukenhofie nie zabrakło tulipanów, nawet Marii Kaczyńskiej.
Choć o tej porze (końcówka kwietnia) kwiaty schodzą na dalszy plan i najważniejszy jest Dzień Królowej - to już za kilka dni!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Maria Kaczyńska ponownie w Keukenhof

Zwiedzając w tym roku Keukenhof miałem nieustanne poczucie déjà vu. Mimo iż za każdym razem dominuje tu inny motyw tematyczny (w tym roku From Russa with love), to jednak zdecydowana większość parku nie zmienia się. Już w zeszłym roku opisywałem tulipany Maria Kaczyńska, w tym roku znalazłem je w tym samym miejscu. Ich obecność teraz jednak jest już mniej wesołą ciekawostką i stanowi bardziej powód do zadumy, choć warto podkreślić, że tulipany sadzi się jesienią i że w momencie planowania parku na rok 2010 nikt nie spodziewał się akurat takiej wymowy tych kwiatów.
Nie zmieniło się to, że Maria Kaczyńska jest raczej późną odmianą tych pięknych kwiatów i że połowa kwietnia w tym roku była wciąż trochę za wczesną porą na zobaczenie ich w pełnej krasie. Z opisu wiem, że te tulipany mają dość ładną kremową barwę i są silnym i odpornym kwiatem (zobacz: artykuł na Wikipedii). Czytałem na sieci, że niektóre polskie miasta zamierzają najbliższej jesienii posadzić cebulki właśnie tej odmiany tulipanów na różnych skwerach. Myślę, że poza upamiętnieniem Marii Kaczyńskiej przyczyni się to do poprawienia estetyki polskiej przestrzenii publicznej. Tulipany to piękne kwiaty i zdecydowanie ich w Polsce brakuje!

czwartek, 8 kwietnia 2010

Kubus woningen

Sześcienne domy, lepiej znane jako cubic houses są jedną z największych atrakcji turystycznych Rotterdamu i stanowią zarazem jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów współczesnej architektury. Zbudowane w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nie miały problemu ze znalezieniem nabywców, od razu także zaczęły ściągać turystów. Trzypoziomowe mieszkania wewnątrz każdej kostki wydają się być duże (około 100 m^2, swoją drogą ciekawe, jak to zmierzono w takim krzywym domu), jednakże nachylone ściany powodują, że są one dość niepraktyczne. Kostki były planowane jako mieszkania, jednakże już pół roku po oddaniu ich pierwszy lokator się wyprowadził i swoje mieszkanie udostępnił do zwiedzania. Dziś muzeum Kijk Kubus jest codziennie odwiedzane przez dziesiątki turystów, którzy mogą jednocześnie podziwiać oryginalny, lecz niezbyt ergonomiczny wystrój wnętrz wymuszony krzywizną ścian.
W tej chwili niewielu ludzi mieszka w kostkach, w niektórych mieszczą się biura, a sporą część zajmuje hostel. Mając prawie 50 pokoi oferuje tanie noclegi - niewielu chce mieszkać w kostce na co dzień, ale możliwość spędzenia tam jednej czy kilku nocy na pewno kusi wielu turystów. Na zdjęciu obok widok na Kubus woningen przez suszące się pranie na barkach :) Następny wpis wyjaśni, dlaczego akurat w Rotterdamie powstała tak nowoczesna architektura.

wtorek, 30 marca 2010

Przeprowadzka w Holandii

Mieszkańcy Holandii także się przeprowadzają, choć może statystycznie troszkę rzadziej niż inni Europejczycy (przy kupnie nieruchomości płaci się tu antyspekulacyjny podatek w wysokości 6% ceny, więc nie za bardzo opłaca się często zmieniać miejsce zamieszkania). Oczywiście przeprowadzka w ramach XX-wiecznego budownictwa nie jest zbyt ciekawa, ale za to bardzo interesująco przedstawia się to w zabytkowych centrach miast.
Rzućcie okiem na obrazek u boku - charakterystyczne dla Holandii są wąskie wysokie domy z wystającą belką u samej góry. Szerokość (a dokładniej mówiąc "wąskość") domu wynika z tego, że tą właśnie ścianą dom był zwrócony do kanału i to właśnie ten wymiar działki determinował cenę nieruchomości. W głąb lądu można było budować ile się chciało, dlatego takie domy bywają bardzo wąskie i dość długie. A skąd ta belka u góry? To były często domy kupieckie, towary przewożono drogą wodną, a że w Holandii nie buduje się piwnic (bo niby jak?), więc magazyn był na stryszku. Często, żeby ułatwić transport z łódki na ten stryszek, domy były nawet pochylone w stronę wody - widać to szczególnie w Amsterdamie.
Od strony kanału, na tej wąskiej ścianie, musiało się także znajdować wejście, z reguły także z klatką schodową. Żeby zaoszczędzić na cennej długości nabrzeża, klatki schodowe i drzwi były bardzo wąskie (a schody także bardzo strome, co jest bardzo charakterystyczne dla tego kraju). Taka konstrukcja domu determinuje teraz sposób wnoszenia i wynoszenia mebli. Z uwagi na bardzo wąskie drzwi i schody oraz niemałe okna najczęściej duże meble się wciąga na linie. Tak jak 400-500 lat temu kupcy wciągali swoje towary na stryszek, tak teraz XXI-wieczni Holendrzy wciągają do mieszkania wersalkę, telewizor, pralkę, lodówkę... Na zdjęciu obok właśnie taka scena. Tylko ze względu na "design" mebla oraz widoczną klapę bagażnika samochodu zdjęcie można datować na współczesne czasy. Założę się, że identyczna scenka działa się w tym miejscu wielokrotnie w przeciągu ostatnich kilkuset lat. Zmieniał się tylko kształt łóżka i jego środek transportu, wszystko pozostałe nie zmieniło się nic a nic.

wtorek, 23 marca 2010

Religijne seks szopy połączyły Polskę i Holandię

Nie, to nie efekt uderzenia świeżego wiosennego powietrza, nic mi się nie pomieszało. Ostatnimi dniami media opublikowały informacje o otwarciu internetowych seks szopów dla wierzących. W Holandii podwoje rozwarł seks szop dla muzułmanów (pierwszy w świecie chyba), a w Polsce powstał seks szop dla katolików.
Współwłaścicielem islamskiego seks szopu jest dość ortodoksyjny muzułmanin, który o wszystkie aspekty działalności postanowił pytać imamów. Połączenie islamu z seksem nie jest dość oczywiste, ale o ile przestrzega się zasad halal, to można sprzedawać afrodyzjaki i inne substancje mające na celu przedłużenie i uprzyjemnienie stosunku, bieliznę erotyczną i erotyczne zabawki. Niedozwolone są wibratory w kształcie penisa, bowiem kobieta nie może dać mężczyźnie do zrozumienia, że jest kiepski i jej nie zaspokaja :) Islam ma też swoje zasady, dlatego niedozwolona jest pokazywanie rozebranych ludzi, w szczególności kobiet, z tego powodu nie można tutaj kupić filmów ani czasopism, które dominują w innych seks szopach (swoją drogą - spróbujcie zrobić erotyczną stronę internetową niepokazując nawet kawałka piersi). Islam także dopuszcza seks tylko w związku małżeńskim, dlatego każdy musi wyklikać, że tak, że jest zamężna/żonaty i że jeśli kłamie, to jego piekelnym mękom po śmierci nie będzie końca :)
Nieco odmienny jest otwarty w tym samym czasie i kierowany do katolików seks szop w Polsce. Nie trzeba tu nic klikać o mękach piekelnych i w zasadzie nie ma zbyt wielu zakazów i ograniczeń, z wyjątkiem jednego - nie można tu kupić prezerwatyw, które dla katolików są gorszym grzechem od sadomasochistycznej pedofilli gejowskiej masonów, ale w zamian za to jest całkiem liczna biblioteczka poradników seksualnych napisanych przez księży, swoją drogą - czy ktokolwiek się orientuje, co to jest "teologia orgazmu"? Nie słyszałem tu o duchownych dających wskazówki dotyczących funkcjonowania serwisu, no ale może takie konsultacje odbywały się w zaciszu zakrystii z ministrantami... no dobrze, zapędziłem się ;)
Daleko mi do wszelkich religii, ale patrząc na te dwa podejścia, jeśli bym już koniecznie musiał jakieś wybrać, to bliżej mi do islamskiej wersji seks szopu niż do katolickiego odpowiednika. Islamowi można zarzucać wiele, ale na pewno nie działa celowo na rzecz rozprzestrzeniania niechcianych ciąż oraz AIDS i innych chorób. Czas pokaże, który z opisywanych przeze mnie serwisów (celowo nie podałem linków, żeby nie robić im darmowej reklamy) odniesie sukces - bardziej bym jednak stawiał na islamski seks szop w Holandii. W Polsce bardzo wielu deklaruje się jako wierzący... i na tym się to kończy, swoim życiem przeczą zasadom jakiejkolwiek religii, lekceważąc wszystkie nakazy i zakazy. Seks szop dla muzułmanów jest halal, wyróżnia się na rynku i ma dość zdyscyplinowaną grupę docelową. Polski serwis dla katolików nie ma żadnych papierków kościelnych, praktycznie nie różni się od ogólnej konkurencji i celuje do bardzo niezdyscyplinowanej grupy.
A teraz coś z zupełnie innej beczki - na zdjęciu dość oryginalne i ładne krokusy, jakich nie udało mi się nigdy zobaczyć w Polsce.

czwartek, 18 marca 2010

Wiosna!

Spóźniona już o ponad dwa tygodnie wiosna wreszcie zawitała do Holandii. Przez długi czas było tu zimno, ale kilka ciepłych (jak na marzec) i słonecznych dni spowodowało wręcz eksplozję kolorów. Rok temu wiosna przyszła troszkę wcześniej, ale nie była tak intensywna.
Dziś także otwarto, po raz 61. w historii, przepiękny ogród Keukenhof. Otwarcia dokonała Svetlana Medvedeva, pierwsza dama Rosji, w towarzystwie JKM księżniczki Maximy. Obecność żony prezydenta Rosji nie była przypadkowa, bo tegorocznym motywem przewodnim Keukenhofu jest "From Russia with love". Holendrzy zauważyli stale rosnący eksport cebulek tulipanów do Rosji i przez to w tym roku chcą przyciągnąć rekordowe ilości rosyjskich zwiedzających (i ich portfelów). W zeszłym roku ogród odwiedziło tylko 9000 przybyszów zza Buga. Warto tutaj przypomnieć, co może nie jest takie oczywiste, że aż 1/3 dochodu Holandii pochodzi właśnie z turystyki.
Keukenof to zajmujący 32 hektary przepiękny park pełen kwiatów, drzew i krzewów, które w kwietniu wszystkie kwitną. W roku 2010 Keukenhof można zwiedzać aż do 16 maja, tak więc czytelnicy z Polski jeszcze mogą zorganizować wycieczkę! Polecam gorąco :)

sobota, 13 marca 2010

Dlaczego Holandia jest dobrym krajem na emigrację?

Dziś będzie nieco prowokacyjnie - dlaczego Holandia jest dobrym krajem na emigrację w przeciwieństwie do np. Anglii?
Inspiracją wpisu jest komentarz z jednego z blogów ekonomicznych, które czytam. Autor słusznie zauważa, że wartościowanie bogactwa krajów według PKB (produktu krajowego brutto) nie ma najmniejszego znaczenia - jeśli obywatel A ostrzyże obywatela B za milion dolarów, a ten mu się zrewanżuje naprawą roweru za ten sam milion, to bez żadnego przepływu pieniędzy (i bez rozwoju kraju) PKB wzrosło o dwa miliony. Takie sztuczki stosują niektóre kraje powszechnie uznawane za bogate (do czasu). Lepszym wskaźnikiem jest bilans handlowy kraju, który pokazuje, ile pieniędzy z kraju wypływa, a ile do niego wpływa.
Na Wikipedii można obejrzeć listę krajów według ich aktualnego bilansu handlowego i jest to bardzo ciekawa lektura. Cytuję autora wspomnianego wyżej komentarza (pisownia oryginalna):
"Kraje z góry rankingu będą zawsze trzymały przyzwoity, wysoki poziom życia ich obywateli (pod warunkiem, że dystrybucja dóbr u nich jest na przyzwoitym poziomie, a nie tak jak np. w Rosji, gdzie wszystko kradną mafia, władza i oligarchowie). Bycie wysoko na liście oznacza, że kraj ma zgromadzoną wiedzę, technologię, wolę i kulturę produktywnej pracy i/lub bardzo bogate zasoby naturalne, na które są klienci. Bycie na dole listy oznacza idiotów żyjących na kredyt, tonących w długach, bez technologii, wiedzy, pracowitości, zdolności organizacyjnych, bogactw naturalnych, za to dobitych szkodliwym prawem gospodarczym, dysfukcyjnymi służbami porządkowymi, nieskuteczną opieką medyczną itd. itd."
Rzeczywiście, listę otwierają kraje z wielkimi zasobami naturalnymi (kraje arabskie z ropą) albo bardzo dobre ekonomie - Niemcy, kraje skandynawskie i właśnie Holandia, którą zaliczam do tego samego kręgu kultury protestanckiej. Na dole listy przodują kraje anglosaskie, jak USA, UK, Nowa Zelandia, Australia w towarzystwie tzw. PIGS (Portugal, Italy, Greece, Spain) oraz przeżartej socjalizmem Francji. Niestety w tym upadłym gronie jest także Polska.
Nie, nie namawiam nikogo do emigracji. Natomiast myślę, że jak już ktoś podejmie decyzję o opuszczeniu Polski, to powinien się dobrze zastanowić, czy nie wpada z deszczu pod rynnę.
A na zdjęciu kwiaty w Keukenhof poprzedniej wiosny. W Holandii lekko opóźniona wiosna - zaczynają kwitnąć krokusy, a żonkile depczą im po piętach!

wtorek, 9 marca 2010

Czy Holendrzy chodzą do kościoła?

Dziś zamiast przedłużać od razu odpowiem na tytułowe pytanie: nie, Holendrzy nie chodzą do kościoła. Co prawda jest tu trochę chrześcijańskich kościołów różnych wyznań, ale świecą pustkami. Standardem jest jedna msza tygodniowo, więcej nie potrzeba. W określonych dzielnicach są meczety, ale tam też nie ma tłumów. Holendrzy po prostu nie potrzebują kościoła, żeby być szczęśliwymi. Ci "bezbożnicy" także nie wyrzucają dzieci do kosza, ani nie kiszą ich w beczkach, co w tak religijnej Polsce zdarza się niestety zdecydowanie za często.
Gdy zapytałem lokalnego kolegę, czy w Holandii chrzci się dzieci, on zdziwił się i zapytał "a po co?", ale po chwili przypomniał sobie, że spośród wszystkich jego znajomych jedna para ochrzciła swoje dzieci. Podobnie nie istnieje tu tradycja szopki majowej, podczas której ubrane jak do ślubu dzieci dostają makabrycznie drogie prezenty. Ja nawet nie próbuję tu opowiadać o polskich zwyczajach komunijnych, bo nikt nie będzie w stanie zrozumieć, co laptop i quad mają wspólnego z religią.
Przetaczający się po Europie kolejny, już nie wiadomo który skandal pedofilski w kościele katolickim ma ciekawe echo w Holandii. Jeszcze 30 lat temu różne wyznania chrześcijańskie były tu dość popularne, działało też dużo szkół kościelnych, niektóre z internatami, zdarzały się też seminaria. Kościół katolicki i młodzi chłopcy to mieszanka silnie wybuchowa, więc także w Holandii było wielu poszkodowanych. Od połowy lat sześciedziesiątych kościół katolicki miał ubezpieczenie OC wykupione w fimie Aegon. Już w roku 2000 firma ta, widząc wysokość odszkodowań wypłaconych w USA, zorientowała się, że nie będzie w stanie pokryć wszystkich roszczeń, więc wypowiedziała umowę ubezpieczenia. Po długich negocjacjach pomiędzy archidiecezją w Utrechcie reprezentującą cały kościół katolicki w Holandii i firmą ubezpieczeniową uzgodniono, że Aegon pokryje roszczenia za szkody wyrządzone przed rokiem 2000 tylko do kwoty miliona euro. Wszystko ponad ten milion kościół wypłaci z własnej kieszeni, np. sprzedając nieruchomości. W tej chwili kościół katolicki jest ubezpieczony w Nationale Nederlanden, ale polisa nie pokrywa wykorzystywania seksualnego, którego żadna firma w Holandii nie zgodziła się objąć ubezpieczeniem :)
Na zdjęciu Grote Kerk w Haarlemie, który kościołem jest tylko z nazwy. Budynek należy do gminy i służy jako muzeum i sala koncertowa, więc nie grozi mu licytacja na poczet odszkodowań wykorzystywania seksualnego.

niedziela, 7 marca 2010

Święta narodowe w Holandii w 2010

Temat ten poruszałem już rok temu (polecam przeczytać), opisując święta narodowe w krainie tulipanów na rok 2009, a tymczasem 2010 już trwa jakiś czas, więc warto opisać, kiedy to Holendrzy (i pracujący tu Polacy też) będą mieć wolne.

Święta narodowe w Holandii w 2010:
  • 1 stycznia - nowy rok
  • 5 kwietnia - wielkanoc
  • 30 kwietnia - dzień królowej
  • 5 maja - dzień oswobodzenia
  • 13 maja - dzień wniebowstąpienia
  • 24 maja - zielone świątki
  • 25 i 26 grudnia - gwiazdka
Rok 2010 jest z jednej strony szczęśliwy (obchodzone co 5 lat święto 5 maja wypada właśnie w tym roku!), a z drugiej pechowy, bo 25 i 26 grudnia to sobota i niedziela. W tym roku w maju Holendrzy mają aż trzy dni wolnego i na pewno wielu wykorzysta ten czas na urlop. Żeby tylko pogoda dopisała, bo ja też nie zamierzam w maju wiele pracować! :)

środa, 3 marca 2010

Głosowanie

Dziś, w środę, jest głosowanie do rad gmin i miast w Holandii. Przyzwyczajony do polskich głosowań w niedzielę, byłem nieźle zaskoczony, dowiadując się, że w Holandii głosowania zawsze są w dzień roboczy. Lokale wyborcze czynne są od bladego świtu do wieczora, więc każdy może zagłosować przed lub po pracy, lecz można także do lokalu wyborczego pojechać w godzinach pracy i pracodawca musi dać wtedy godzinkę czy dwie wolnego.
Jednak różnice z Polską nie kończą się na tym - kilka tygodni wcześniej każdy zameldowany w danej gminie dostał kartę wyborczą pocztą, wraz z dokładnymi informacjami o wyborach, listą kandydatów itp. Z otrzymaną kartą można iść głosować, ale co ciekawsze, można też wpisać na niej swojego pełnomocnika, który to z dowolnym dokumentem tożsamości właściciela karty ma prawo głosować w naszym imieniu - proste, prawda? Warto tu wspomnieć, że w Holandii też istnieją odpowiedniki naszych dowodów osobistych, ale mało ludzi z nich korzysta. Na codzień Holendrzy posługują się prawem jazdy i paszportem - tak, we własnym kraju używają paszportu :)
Odnośnie danego głosowania zdziwiło mnie także to, że mam prawo wyborcze. Okazuje się, że obcokrajowcy mogą głosować w wyborach do rad gmin i miast, do parlamentu prowincji czy parlamentu europejskiego. Można też uczestniczyć w różnych mniej istotnych głosowaniach, jak wybory członków rady organizacji zajmującej się gospodarką wodną itp. Wystarczy być zameldowanym w Holandii. Bez lokalnego obywatelstwa nie mogę głosować tylko w wyborach do parlamentu krajowego i w referendach.
Dla obywateli nie do końca zorientowanych w programach poszczególnych partii na stronie www urzędu gminy jest odpowiednia pomoc - po udzieleniu odpowiedzi na kilkanaście pytań, dostajemy informację, program której partii i którego kandydata jest najbliższy naszym przekonaniom. Może wstyd się przyznać, ale mimo takich ułatwień nie poszedłem głosować. Moja znajomość holenderskiej polityki jest żadna i sądzę, że nie upoważnia mnie to jakiegokolwiek głosowania. Jeszcze przez pomyłkę zagłosowałbym na lokalnych Kaczyńskich :)
A na zdjęciu kot, który dziś chyba nie zagłosował, choć kto go tam naprawdę wie...

poniedziałek, 1 marca 2010

Haga

Ostatnio pisałem o Bredzie, więc postanowiłem kontynuować "miejski" wątek i wspomnieć o Hadze. Haga jest jedną z dwóch stolic Holandii. Tak, Holandia ma dwie stolice - tą bardziej znaną, konstytucyjną jest Amsterdam, natomiast stolicą administracyjną, czyli siedzibą parlamentu, rządu i wielu instytucji jest właśnie Haga.
Na strony tego bloga przelewam wiele słów zachwytu nad Holandią, tym razem zrobię mały wyjątek, bowiem Haga mi się nie podoba. Dla mnie jest to miasto bez wyrazu, pełne biurowców. Jedyną atrakcją chyba jest Mauritshuis, czyli muzeum sztuki posiadające arcydzieła Rembrandta, Vermeera, Rubensa i wielu innych malarzy niderlandzkich, zawierające moją ulubioną Dziewczynę z perłą.
Na zdjęciu obok, widoczek charakterystyczny dla wielu holenderskich miast, ale szczególnie zwracający uwagę w Hadze. Sporo miasteczek w Holandii ma parki z różnoraką zwierzyną w centrach miast, ale w Hadze taki park sąsiaduje z wielkimi biurowcami.
Współcześnie w Holandii używa się nazwy miasta Den Haag, ale historyczną nazwą jest 's-Gravenhage, które to słowo jest dość trudne do wymówienia dla ludzi niewychowanych w Holandii, podobnie jak nazwa położonego tuż obok kąpieliska - Scheveningen. Według miejscowych opowieści podczas II wojny światowej Holendrzy używali tych nazw do wykrywania niemieckich szpiegów, którzy mogli znać język niderlandzki fantastycznie, ale mimo wszystko nie potrafili tak charczeć jak tubylcy :)

piątek, 19 lutego 2010

Breda

Kilka dni temu, pisząc o karnawale, wspomniałem, że Breda to najbardziej polskie miasto Holandii i myślę, że należałoby to wyjaśnić.
Położona na południu Holandii Breda aż do jesieni 1944 nie miała szczególnych związków z Polską. 29 października 1944 roku 1 Dywizja Pancerna generała Stanisława Maczka wyzwoliła spod okupacji niemieckiej Bredę, której mieszkańcy przyjęli Polaków bardzo entuzajstycznie, żołnierze dywizji dostali honorowe obywatelstwo Bredy, a sam generał Maczek nawet został honorowym obywatelem samej Holandii.
Na cmentarzu miejskim są groby polskich żołnierzy, tu także został pochowany zgodnie ze swoją wolą w 1994 roku generał Stanisław Maczek. W Bredzie działa nawet małe muzeum generała, a cztery spośród pięciu partnerskich miast Bredy są z Polski (Gdańsk, Łódź, Myszków i Wrocław). Na zdjęciu obok (z Wikipedii) jest własnie grób generała Maczka.

niedziela, 14 lutego 2010

Karnawał w Holandii

Wczoraj rozpoczął się karnawał. W Holandii karnawał obchodzi się hucznie, ale tylko w części kraju - na południe od wielkich rzek. O co chodzi? Wielkie rzeki to nazwa obszaru o szerokości około 25 km i długości 150 km, który stanowią ujścia i końcowe odcinki sześciu dużych europejskich rzek, między innymi ramion Renu. Rzeki dzielą wyraźnie kraj na dwie części, najważniejszą różnicą jest to, że w południowej części przeważają katolicy i świętuje się tutaj karnawał. Mieszkając w protestanckiej części (na północ od rzek) i chcąc zobaczyć karnawał, musiałem się wybrać na południe... ale pora skończyć lekcję geografii i opisać sam karnawał :)
Pierwsze, co rzuca się w oczy to, że Holendrzy są bardzo wyluzowani. Nieważne, czy ma się 20, czy 60 lat i czy jest się studentem, czy burmistrzem miasta - trzeba się przebrać i doskonale bawić. Przychodzą przebrane całe rodziny i prawie nie widać "normalnie" wyglądających ludzi. Dominują oczywiście gotowce kupowane wcześniej w sklepach, w tym roku najpopularniejsze były strój więźnia, zakonnica w mini, stewardesa i pilot KLM, choć najciekawsza jest własna inwencja. Można się przebrać za wszystko - odkurzacz, kolumnę koryncką, krowę, rycerza, kopkę siana... mi najbardziej podobał się Jack Sparrow - Holender mający akuratną posturę i rysy twarzy, dzięki genialnemu strojowi i makijażowi wyglądał identycznie jak filmowy pirat! Całość genialnie dopełniał chwiejny krok i błędne wywracanie oczu :)
Na zdjęciu właśnie pierwszy dzień karnawału. Zdjęcie zostało zrobione stosunkowo wcześnie, miasto dopiero się zapełniało przebierańcami. Był lekki mróz, a wiele strojów zmuszało właścicieli do chodzenia z gołymi nogami, dekoltami, ramionami, czy głowami. Ja byłem w czapce, rękawiczkach, polarze i kurtce i marzłem, a oni półgoli przychodzili na miasto bawić się do późna w nocy... Ten naród nie przestaje mnie zadziwiać. Zdjęcie przedstawia rynek Bredy, która jest najbardziej polskim miastem Holandii. W następnym wpisie wyjaśnię, co takiego łączy Bredę z Polską.